sobota, 1 grudnia 2012

Jesteś bezczelna!

"Nie masz prawa zwrócić mi uwagi O NIC! Bo ja tu jestem GOŚCIEM i JA Ci daje na chleb"
Cóż...po pierwsze słonko, nie przypominam sobie żebyśmy razem wódkę pili, a tym samym nie wydaje mi się żebyśmy byli na 'TY'. A po drugie, to nie jadam pieczywa, ale dzięki za Twą niewymowną łaskę.

Gdybym za każdym razem, gdy usłyszę, że jestem bezczelna dostawała 1 zł to pewnie byłabym już milionerką. Wtedy wszyscy mogliby pocałować mnie w dupę. I to tylko w tą którą zachowali w pamięci, bo ta rzeczywista już dawno byłaby w odrzutowcu lecącym do ciepłych krajów.

Bywam bezczelna z różnych powodów. A to chce od kogoś dowód, a to pieniądze za nocleg, a to (o zgrozo!) mam czelność zapukać do czyichś drzwi i powiedzieć, że doba już dawno się skończyła i czas wracać do domu.
Dziś czarę goryczy przelała prośba, aby zgłaszać usterki w momencie ich zastania.
Pan był ewidentnie nadwrażliwy (możliwe też, że trafiłam na TEN dzień w miesiącu) bo wygłosił mi TRYRADĘ na temat zasad pracy hotelarza.
Zawsze się zastanawiałam się, kiedy nadejdzie ten magiczny moment, że trafię na jakiegoś wybitnego specjalistę 'z branży', który postanowi skomentować moją pracę. Doczekałam się! 
Był to (jakże życiowo doświadczony) facet (chłopak?), rocznik 89', który 'hotelarstwem' zajmuję się od 15 lat, czyli w zasadzie od 8 roku życia pracuje zawodowo, a prawdopodobnie już w łonie matki uczęszczał na praktyki hotelarskie, a może nawet miał własną firmę.
Po porodzie z marszu został dyrektorem jakiegoś hotelu i tak mu zleciało do teraz, kiedy to odwiedza polskie hostele, aby ubliżać pracującym tam ludziom. Żadna inna praca nie jest godna jego kwalifikacji, a niestety nie stworzyli jeszcze stanowiska polegającego na byciu gnojem (poza polityką oczywiście).
Jakby tego było mało, oczywistym jest, że jego rodzice prowadzą hotel. I to hotel nie byle jaki, bo najwyraźniej można tam robić wszystko czego tylko dusza zapragnie i nikt nie zwróci nam uwagi!
Masz ochotę nasrać na recepcji? Nie krępuj się!
A może jesteś prostytutką która nie ma ochoty płacić za nocleg? Nie ma problemu!
Wszystko w myśl zasady 'klient ma zawsze rację' według której, powinnam uśmiechać się kiedy mnie wyzywają, dziękować gdy mnie poniżają, a gdy plują mi w twarz cieszyć się, że pada deszcz i doceniać orzeźwiającą mgiełkę na twarzy. Bo w końcu dają mi na chleb.
Moja rada dla hotelarza stulecia (który najwyraźniej musiał ostro pierdolnąć się w głowę przed wygłoszeniem mi tego wykładu) jest taka, aby zatrudnił się w hostelu i zobaczył z czym, i kim może mieć do czynienia oraz żeby konsekwentnie realizował swoją zasadę lizania gości po dupie.


Szczytów ludzkiej bezczelności jest tyle, ile na świecie szczytów górskich, czyli umówmy się, o wiele za dużo! Ludzka bezczelność bierze się z przekonania, że wszystko nam się należy. To z kolei bierze się z aroganckiego przekonania, że wszystko wiemy najlepiej.
Z tego najwyraźniej wywodzi się zasada, że klient ma zawsze rację i 'jak będę chciał to sobie nasram na środku pokoju, a TY i tak nie możesz mi nic powiedzieć".

sobota, 10 listopada 2012

What the fuck?

O tym, że weekend to czas kiedy zewsząd wypełzają idioci różnego typu wiem od dawna.
A dokładnie od 1,5 roku, kiedy to zaczęłam pracować jako recepcjonistka.
Wypełzają ze swoich nor i pełzną do mnie, podnoszą ciśnienie i pełzną dalej albo wracają do swojej szarej egzystencji.
Ja natomiast zostaje sam na sam z kubłem melisy na pocieszenie, łzami w oczach (ludzka głupota wywołuje u mnie niepohamowany smutek i żal) i jakimiś 8-9 godzinami do końca zmiany.

I o ile dziś nie mam w zasadzie żadnych wskazówek dla gości, to mam ogólne pytanie do społeczeństwa, które brzmi "CO AUTOR MA NA MYŚLI? (w wolnym tłumaczeniu "WHAT THE FUCK, MAN?!"), w odniesieniu do niektórych sytuacji.
Może ktoś mi wyjaśni o co tym ludziom chodzi, bo ja nie wiem.
Nie wiem i nie rozumiem, a żeby zrozumieć musiałabym chyba skończyć psychologię, psychiatrię i mieć 30 letni staż zawodowy, co jest ciut nierealne na chwilę obecną.


Najbardziej powszechną, notoryczną i irytującą kwestią jest sytuacja gdy potencjalny klient ma ochotę się potargować, czyli coś w stylu "A teraz pozwoli Pani, że przeniesiemy się na turecki bazar! START!".
No ogólnie to ja dziękuję za takie rozrywki, bo po 1. nie jestem zainteresowana, a po 2. nie jestem zainteresowana. Niestety nie mam tyle szczęścia, żeby ktoś zapytał mnie o zdanie i chcąc nie chcąc biorę udział w tym cyrku.
O ile taka dyskusja ma miejsce względnie wcześnie, to mam jeszcze na tyle sprawny umysł, że potrafię się skutecznie bronić, jednak pod ostrzałem stwierdzeń typu: "Wie Pani, ale to jest drogo gdzie indziej jest taniej", "Za tyle to ja spałem w Krakowie" albo "Jaką cenę może mi Pani zaproponować" każdy by w końcu skapitulował. Wtedy po prostu siedzę i beztrosko wzruszam ramionami z miną w stylu "Mam to w dupie".

Czy ludzie idąc do sklepu kupić buty też podchodzą do sprzedawcy i zaczynają od słów: "A MOŻE BY JAKĄŚ ZNIŻKĘ?". Bo te buty nie są na tyle brązowe na ile bym chciał, bo podeszwa ma nie ten kolor, bo producent nie ten!
Czy kupując chleb można dostać zniżkę studencką? Nie? A DLACZEGO? Ale ja jestem studentem!
Jest na to oczywiście najprostsza na świecie rada, która brzmi mniej więcej tak: NIE PODOBA SIĘ? TO WYNOCHA! I w sumie tyle mogę wymruczeć sobie pod nosem, jak już delikwent wyjdzie.

Idźmy dalej.

Czy obsługa drzwi może być trudna?
Mogłoby się wydawać, że na to pytanie odpowiedź jest oczywista. Nic bardziej mylnego.

Zacznijmy od szatańskiego wynalazku jakim są drzwi. Mało kto wie (jak wynika z moich obserwacji), ale zamknięte drzwi można otworzyć naciskając na klamkę.
Dla niektórych może to być szok, bo są przyzwyczajeni do taranowania przeszkód jakie stają im na drodze, ale da się łatwiej i wbrew pozorom drzwi nie są żywiołem z którym trzeba walczyć! Nie tylko ominą nas przykrości związane z bolącym barkiem, ale też zaoszczędzimy sobie pełnego politowania spojrzenia recepcjonistki.
Gdy już znamy tę metodę możemy spróbować potrenować w domowym zaciszu. Nie mam jednak złudzeń i wiem, że wciąż będę tu przychodzić tacy, których to przerasta.
Muszę jednak przyznać, że widok ludzi, którzy z całej siły trzęsą drzwiami z obłędem w oczach i miną pod tytułem "ta baba nie chce mnie stąd wypuścić'' jest dość zabawny.

I na koniec.

Jeśli jest gdzieś na świecie jakiś konkurs na szczyt bezczelności, to bez wątpienia mam kandydata na pierwsze miejsce podium. Tym samym przedstawiam ostatniego bohatera dzisiejszego dnia, którego zachowanie idealnie pasuje pod hasło "What the fuck, man?".
Jest to pewien czarnoskóry gość hostelowy, który nie tylko postanowił przedłużyć dobę nie płacąc za nią, ale na odchodne (chociaż może nie jest to najwłaściwsze słowo) zlał się w łóżku i uciekł w siną dal.
Ja wiem, że nie każdy może być obeznany w różnych technicznych nowinkach ze świata, ale umówmy się, że toaleta to nie jest wczorajszy wynalazek. Ale co ja tam wiem!

Ot, zwykły dzień w pracy.


 

niedziela, 9 września 2012

KNOW HOW: Meldowanie.

Chociaż procedura zameldowania to jedna z najprostszych w hotelarstwie, to z niewiadomych przyczyn w hostelach średnio w 90 % przypadków odbywa się ona dalece od normy. Dlaczego? Nie wiadomo. Krążą pogłoski, że to wszystko wynika z ludzkiej głupoty i jakoś nie potrafię znaleźć lepszego wytłumaczenia.
Swoją drogą to ciekawe, że prośba o dokument może sprawić problem i to nie mały.
Ludzie mają po prostu niesamowity talent do komplikowania najprostszych czynności i to co powinno być stosunkowo miłe i bezproblemowe staje się koszmarem, porównywalnym do 8 godzinnego koncertu Justina Biebera, z bisami i przymusowym wstępem na backstage, po którym mamy ochotę się pociąć i wskoczyć do beczki z octem.

Jest wiele sytuacji kiedy można przewidzieć, że zameldowanie gościa stanie się małym kabaretem, w którym chcąc nie chcąc odegramy główną rolę. W zasadzie są to wszystkie sytuacje, które nie odbywają się według schematu:
Gość: Dzień dobry, mam rezerwację na nazwisko Kowalski
Recepcjonista: Dzień dobry, proszę o dokument tożsamości.



Po 1.
Przychodząc do hostelu dobrze wiedzieć, że jeśli czeka już na nas pokój to jest to REZERWACJA, a nie REJESTRACJA. A co za tym idzie, będziemy meldowani, a nie rejestrowani.
Zarejestrować można się do lekarza, chociaż z tym w Polsce bywa różnie, no chyba że nie mamy planów na 2050 r. to wtedy żaden problem.
Może oczywiście zdarzyć się tak, że komuś wydaje się, że jest Królem Norwegii i być może pomylił recepcję z poradnią zdrowia psychicznego, wtedy barykadujemy się w łazience i wzywamy ochronę.

Po 2.
Jeśli masz w planie przyjść i na prośbę o dokument powiedzieć "Przykro mi, ale nie mam'' albo "Nie dam Pani dokumentu", to najlepiej od razu wyjdź, zgiń, przepadnij i nie wracaj - nigdy.
Takie cyrki proponuje urządzać sobie w spożywczaku przy kasie, i jak ekspedientka powie "Proszę 18,56 zł" to wtedy śmiało mówcie "Ale ja nie mam" albo "Mam ale nie dam!" i czekajcie na reakcję.


Po 3.
I tutaj nie wiadomo czy się śmiać czy płakać, ale trzeba wiedzieć (i przywyknąć), że ludzka fantazja nie zna granic. Nieświadomym uchylę rąbka tajemnicy i podpowiem, ze pod magicznym pojęciem 'dokument tożsamości' kryją się zwykle dowód osobisty, paszport lub prawo jazdy. Tak standardowo oczywiście.
Dlatego niestety, ale nie zamelduje nikogo na kartę kredytową ("No ale tu przecież są jakieś dane!"), legitymację z ZUS-u, kartę rowerową, indeks (pozdrawiam dziwnych studentów cyganów) czy inne karty biblioteczne.
Gość:"A powie mi Pani gdzie mogę się ZALOGOWAĆ bez dokumentu?"
Ja: "Nigdzie"
Nie wierzę żeby ktoś był na tyle głupi i meldował bez dokumentu. A jeśli jest to sorry, zwracam honor!

Po 4.
Kiedy gość wchodzi do recepcji ze słowami "KTÓRA TO PANI CHCE ZE MNIE ZEDRZEĆ PIENIĄDZE" albo "ALE MI PANI SPIEPRZYŁA DZIEŃ" to zwykle oznacza problem związany z wcześniejszym zameldowaniem. Wtedy na starcie najlepiej od razu walnąć sobie z pięć tabletek Persenu i odkręcić termos z melisą, bo zapowiada się ''dyskusja - level hard", a przecież nigdy nie wiadomo kiedy puszczą nam nerwy i damy komuś w mordę.
Ja stosuje prostą zasadę wzajemności, i ludzi którzy w dupie mają godziny doby hostelowej, mam w dupie.
Wtedy jakoś łatwiej im zrozumieć, że nikt nie lata po hostelu z mopem przez 24 godziny, tylko czekając aż znajdzie się coś do sprzątania.

Warto pamiętać, że jeśli recepcjonista zechce, to potrafi być na prawdę wredny, czyli lepie nas nie wkurwiać bo już i tak jesteśmy na granicy wytrzymałości.