piątek, 29 czerwca 2012

Hostelowi podrywacze

Prawdziwa zmora żeńskiej części hostelowego personelu.
O ile miło jest sobie z kimś niewinnie poflirtować, to z tymi Panami trzeba mieć się na baczności.
Chwila nieuwagi lub nieodpowiedni dobór słów i mamy przesrane do końca ich pobytu, a może i na zawsze (a przynajmniej do czasu końca kariery w hostelu) bo przecież jest ryzyko, że będą do nas wracać, aby wytrwale roztaczać swój urok.
Nie mam tu na myśli Panów, z którymi można uciąć sobie miłą pogawędkę o celu ich wizyty lub w ogóle o czymkolwiek. Nie, to są ludzie normalni, cywilizowani i kulturalni.
Chodzi tu bardziej o typków, którzy już na wejściu zachowują się jakby w życiu nie widzieli kobiety, rzucają przy tym niewybredne komentarze, a ślina cieknie im po pysku. Wrażenia po spotkaniu z taki Alvarem są podobne do tych po zjeździe gołą dupą po nieoheblowanej desce, wprost do wanny pełnej octu. BEZCENNE. To mieszkanka zniesmaczenia i chęci popełnienia samobójstwa lub morderstwa.

Podrywacza ( z łac. misellus culus ) zaliczamy do rodziny zdesperowanych. Wszyscy przedstawiciele działają w trybie 'polowania', w stadzie lub samotnie.
O ile z samotnikiem jeszcze jakoś można sobie poradzić, tak stado to jedna wielka mieszanka różnych typów ubóstwa intelektualnego i desperacji, więc tu jest już trochę trudniej. Warto mieć przy sobie jakiś odstraszacz, np. awaryjną obrączkę ślubną.
Najczęściej takimi podrywaczami są wszelkiego rodzaju monterzy i budowlańcy, chociaż nie ma co generalizować bo zdarza się też jakiś niespełniony muzyczny gwiazdor (o którym nie słyszał nikt poza nim samym), fizjoterapeuta (co już daje mu pole do popisu 'usługami' jakie może nam zaoferować) czy np. właściciel jakiejś firmy lub agencji (bo jeśli to nie zrobi na nas odpowiedniego wrażenia, to co?).

Hostelowi podrywacze nie rozumieją słowa „nie”. Słyszeli je już tyle razy, że funkcjonują w fazie wyparcia. Odmowę traktują jak zachętę do dalszego podrywu i myślą sobie: „Nieeee, ona nie może mnie nie chcieć. Onieśmiela ją mój urok, na bank chce więcej!”
Cóż, brutalna prawda jest taka że NIE, nie chce więcej. Żałuje, że dostała już tyle i próbuje powstrzymać nadchodzący Armagedon, ale o ile nie ma pod ladą kuszy, nie ma co liczyć na sukces.

Przykład? Proszę bardzo.
Ostatnio miałam okazję meldować jednego takiego, który ewidentnie nie rozumiał przekazu słowa 'nie'.
Wywiązała się rozmowa na temat tego skąd jestem, no i oczywiście dowiedziałam się też skąd był ów Pan.

G: To co, może wymienimy się numerami i jak będziesz w Poznaniu do pójdziemy na kawę.
Ja: Ale ja się nie wybieram do Poznania.
G: No ale gdybyś się wybrała, to wiesz zadzwonisz.
Ja: Nie, nie raczej nie.
G: Poważnie?

Po czym poszedł do sklepu. Wraca.
G: To co, wymienimy się tymi numerami?
Ja: NIE.
G: No dawaj wymienimy się.
Ja: (Już przez śmiech, z myślą "Kurwa nie mam 5 lat i nie zbieram Pokemonów) Nie, dzięki.

Poszedł na górę. Wraca.
G: Dobra, pytam ostatni raz! To co, wymieniamy się tymi numerami i jak coś to dzwonisz.
Ja: N-I-E.
Na co jego kolega spojrzał na mnie i skwitował: Wcale Ci się nie dziwie.

Ciekawe rzeczy lubią się też dziać w czasie meldowania, kiedy pada prośba o numer kontaktowy.
W odpowiedzi słyszę:
"A poda mi Pani swój? hue hue"
"Noo to kiedy będzie Pani dzwonić? hue hue"
Oraz moje 'ulubione' jak do tej pory: "A będzie Pani dzwonić i jęczeć do słuchawki hue hue" Oczywiście że będę, w końcu zameldował się Pan we wrocławskim oddziale sex telefonu.

Ich sposób bycia wynika z tego, że wszyscy są przekonani o swoim nieodpartym uroku. To nic, że nie mają zębów, są łysi (no chyba, że ktoś lubi łysych) lub wieku naszych ojców (lub o zgrozo - dziadków). Nie muszą się kąpać, mogą ciągnąć za sobą smród i brud całego dnia, a mimo to są wspaniali. I kiedyś faktycznie może tak było, gdzieś w okolicy epoki kamienia łupanego. Ich podryw ma zresztą tyle finezji co zdzielenie kobiety kijem po głowie. No ale co kto lubi.

Moment gdy cały ten cyrk przestaje być śmieszny i żałosny, a zaczyna być wkurwiający jest wtedy, gdy oblech lustruje nas wzrokiem od góry do dołu i rzuca: "Masz fajne cycki" lub "Pójdziesz ze mną na górę? Ile chcesz stówę, dwie?" To jest właśnie ten moment kiedy serce ściska żal, że pod ladą nie ma kija baseballowego lub chociaż malutkiego paralizatora.
Umówmy się, tego typu komentarze mogą jarać kelnereczkę z nightclubu lub tancerkę z filmu "Czekając na sobotę" ewentualnie galeriankę, która potrzebuje nowych spodni.
Tutaj w najlepszym przypadku mogą spowodować obicie mordy.

niedziela, 24 czerwca 2012

Nie ma haka na cwaniaka! ;)

Poza turystami, częstymi gośćmi hosteli są tzw. 'pary zakochanych', czyli ludzie którzy nagłego przypływu namiętności nie potrafią dowieźć do domu.
Pojawiają się w sezonie zimowym, gdy temperatura jest zbyt niska na bzykanie się na ławce, oraz w sezonie letnim, gdy wszystkie ławki gdzie można się bzykać są zajęte przez śpiących żuli.
"Pary zakochanych" to nie walentynkowi randkowicze, którym pojebały się miesiące świętowania. To ludzie, którzy poznali się na dyskotece, na mieście oraz wszędzie tam gdzie ludzie się poznają.
To starzy goście z młodymi dupami, stare baby z młodymi ciachami oraz wszelkie inne kombinacje elementów społeczeństwa.
Wysyp zakochanych par obserwować można o dwóch zasadniczych porach: ok. godz. 22 oraz ok. godz.5 rano, czyli przed i po imprezie w klubie.
Wszystkich ich łączy nagły i niespodziewany przypływ 'miłości'.

Ogólnie jest to temat rzeka - długi i szeroki jak Amazonka, i ma tyle wątków, że spokojnie można by napisać o tym książkę.
Tym razem jednak, na uwagę zasługują Panowie (serdeczne ukłony i pozdrowienia środkowym palcem dla Pana, który zainspirował mnie do napisania tego tekstu).
W większości są to faceci z gatunku "cwaniaczek" (łac. a totalis inprobus) - gatunek niestety nie jest na wymarciu, a co gorsza mnoży się szybciej niż grzyby po deszczu, czy prostytutki przy drogach.
Cwaniaczków, jak wiadomo, nie da się lubić. Głównie dlatego, że wyżej srają niż dupę mają i są upierdliwi bardziej niż przysłowiowy wrzód na dupie.
Cwaniaczka nie zawsze poznamy po samym wyglądzie. To nie tylko napakowany karczek, który zatrzasnął się w solarium i zabłądził w dziale dodatków jednego ze sklepów odzieżowych. Czasami to taki wysuszony szaraczek, który wysokie mniemanie o sobie zawdzięcza troskliwej mamusi, która całe życie wmawiała mu jaki to jest zajebisty. Dla zachowania trzeźwego umysłu, powinien od czasu to czasu spojrzeć w lustro, od razu by mu przeszło.
Cwaniaków poznajemy po stylu bycia, oni wręcz ociekają zajebistością.
Zjawisko to nasila się, gdy obok stoi jego pindzia jednorazowego użytku. 

Oto typowe zachowanie 'pary'.

1. WEJŚCIE
Przychodzi. Wkracza z rozmachem. Zwykle z dumnie naprężoną klatą, wyrzeźbioną poprzez intensywny trening metodą 'wdech-wydech'. Iluzja muskulatury znika, gdy tylko wypuści powietrze aby zadać pytanie o pokój.
Za nim truchta pindzia, niekoniecznie ładna.

2. PYTANIE O POKÓJ
Pyta o pokój 2 osobowy. Niesiony falą swojej zajebistości mówi, że 'w zasadzie to może być pokój jednoosobowy, bo potrzebne jest tylko jedno łóżko hue hue hue' Nie pyta o cenę, decyduje się od razu. Wyraźnie chce pindzi zaimponować, pokazać 'Hej! Stać mnie mała!"
Czasem daje pindzi wyjść z inicjatywą i pozwala zapytać o pokój. Niech się dziewczyna zabawi, a co! Pada wtedy magiczne: "Czy jest wolny dwupokojowy POKÓJ?"
RADA DLA PINDZI: Nie pchamy się w konwersacje, gdzie intelektualnie nie dajemy sobie rady! Poważne rozmowy zostawiamy dorosłym. Stoimy cicho i ładnie wyglądamy....albo chociaż się staramy.

3. MELDOWANIE
Po podjęciu decyzji co do pokoju przychodzi czas na zameldowanie.
Cwaniaczek pyta: "To co mam Pani teraz dać? hue hue". Powstrzymujemy się i zamiast powiedzieć: "Najlepiej święty spokój, wyjdź", mówimy "Dowód osobisty".
W celu zachowania swojej tożsamości w sekrecie (zarówno przed pindzią jak i przed recepcjonistką) zwykle mówi: "Dziubasku, daj dowód", do pindzi rzecz jasna.
Przez cały proces meldowania cwaniak znów korzysta z metody 'wdech-wydech'. Jest wyraźnie dumny z tego, że znalazł pindzię która chce mu dać. Na twarzy maluje się przebrzydły uśmieszek.

4. PŁACENIE
Wszyscy cwaniacy starają się sprawiać wrażenie gości nadzianych. Niektórzy są, owszem. Ale zdecydowana większość przed wyjściem z domu musi rozbić swoją świnkę-skarbonkę i w osiedlowym spożywczaku zamienić 'drobne' na 'grube'.
Ego wzrasta wprost proporcjonalnie do zawartości stówek w portfelu.
Kiedy przychodzi do płacenia, pieniądze (zupełnie jak kości) zostają rzucone. Nie podane, rzucone! no w końcu bogactwo, deal with it.

5. ZACHOWANIE
Pindzi i cwaniaczka nie obowiązują żadne zasady, w ich mniemaniu oczywiście. Latają po piętrach nago, tudzież przewiązani prześcieradłami robią wspólnie herbatę (coś na kształt amerykańskich komedii romantycznych - ohyda).
W drodze do pokoju drą japy jak para szympansów w okresie godowym.
Jak sobie z tym radzić? W zależności od sytuacji z którą mamy do czynienia możemy: albo sprowokować utratę słuchu, albo wydłubać sobie oczy.

Wszyscy cwaniacy rączki do góry, żebym wiedziała do kogo mam strzelać ;)

czwartek, 21 czerwca 2012

Hostel? A co to takiego?


Kiedyś było łatwiej. Były sobie hotele do których ludzie jeździli, wszystko było jasne i nikt nie zadawał głupich pytań.
Jednak jak to w życiu bywa, wszystko się pozmieniało! Powstał hotel z magiczną literką „S” w środku i nagle cały spokój szlag jasny trafił.
Ludzie pogłupieli, wpadli w popłoch, po czym stwierdzili, że to chyba jednak to samo i nie ma się za bardzo czym przejmować.
Do wszystkich którzy tak myślą, wiadomość z ostatniej chwili: TO NIE TO SAMO.
To tak jakby powiedzieć, że Maluch to prawie Mercedes, a motor to trochę szybszy rower.
Generalnie podobieństwo do hotelu jest, owszem. Zaczyna się i kończy na tym, że w obu miejscach można wynająć pokój.

Dlatego co by zaoszczędzić rozczarowań wszystkim niedoinformowanym, oto krótki opis i wyjaśnienie zawiłego pojęcia „hostel”.

Po 1. Cena
Według słów cioci Wikipedii, hostel to tanie miejsce tymczasowego zakwaterowania.
I tu wszystko się zgadza, bo umówmy się, 50 zł za noc od osoby to jednak tanio. Zwłaszcza w miejscu gdzie karaluchy nie latają po podłodze, jest ciepła woda, a w powietrzu nie unosi się smród zgnilizny i śmierci.
Jeśli jednak ktoś skasuje od Was pięć dych, a w nocy karaluchy wyniosą Wasze łóżko na korytarz, to przykro mi, ale po prostu zostaliście zrobieni w chuja.
Autorów komentarzy typu: DLACZEGO TAK DROGO? Odsyłam do cennika hotelu „Sheraton” :)

Po 2. Pokoje
Osobiście najbardziej kocham pytania w stylu „Może mi Pani powiedzieć co jest w pokoju?”.
Po ok. 15 sekundach niezręcznej ciszy rozmówca zdaje sobie sprawę z poziomu durnoty własnego pytania, ale to już troszkę za późno. W tym czasie recepcjonista próbując zdusić śmiech mówi „ No wie Pani, łóżko i szafka. Jest też lampka, stolik, krzesła."
Zawsze się zastanawiam, jakiej ludzie oczekują odpowiedzi? Może „Zestaw kina domowego wraz z wypoczynkiem, a do tego garderoba i mała oranżeria.”
Zdarzają się też pytania o metraż. Wtedy czym prędzej biegnę do wybranego pokoju i dokonuję niezbędnych pomiarów.
Są też fani konkretnych kolorów, można ich poznać po pytaniu: „A jakie tam są kolory ścian? Bo wie Pani, tylko nie różowe, dobrze?”.

Po 3. Łazienki
W hostelowych pokojach z reguły nie ma łazienek, co nie oznacza że nie ma ich wcale. Jednak ludzie w bezmiarze swojej głupoty lubią popadać ze skrajności w skrajność i często oburzeni krzyczą „ALE JAK TO NIE MA ŁAZIENEK, TO GDZIE JA SIĘ WYKOMPIE?!”.
Zwyczajowo odpowiadam: „Panie, no jak to gdzie? Na podwórku za hostelem jest beczka z wodą, metalowa miska i pumeks. Życzę niezapomnianych wrażeń i przyjemnej kąpieli”.
Rozwiewając wszystkie mity, oficjalnie informuję: w hotelach SĄ ŁAZIENKI, MOŻNA SIĘ KOMPAĆ, a nawet kąpać jak ktoś bardzo chce. Tyle tylko, że są na korytarzu. A do tego jest też ciepła woda.
No bo w końcu nie żyjemy w średniowieczu, żeby dupę w rzece moczyć. Chyba że lubimy, albo przegraliśmy zakład.

Po 4 Wyżywienie.
Tutaj pojawiają się drobne komplikacje, bo generalnie wyżywienia w hostelu nie ma, ale ta tendencja zaczyna się zmieniać.
Ważne! Słysząc „śniadanie jest w cenie” wymazujemy z pamięci obraz suto zastawionego bufetu i nie napalamy się na Bóg wie co. Takie 'śniadanko' to GÓRA kanapki, konserwa turystyczna, a ewentualnie płatki z mlekiem, czyli gastronomiczne szaleństwo.
W celu uniknięcia rozczarowań, najlepiej zapytać co jest rozumiane pod pojęciem „śniadanie” albo zrobić je sobie samemu. Wtedy ogranicza nas już tylko fantazja, której jak wiadomo hostelowym gościom nie brakuje.
Wszystkich oczekujących oferty ALL INCLUSIVE + barku z alkoholem, od razu zapraszamy do „Sheratona”.
Pamiętamy też, że gdy recepcjonista użyje magicznego zdania „Nie świadczymy żadnych usług gastronomicznych.” to nie pytamy: „A co ze śniadaniem?”. Bo po co robić z siebie kretyna?

Po 5. Pościel
Hostel to nie schronisko młodzieżowe ani górskie.
Rozumiem, że ktoś może mieć złe doświadczenia, ale pytania w stylu „Czy w hostelu jest kołdra” możemy sobie darować, bo po drugiej stronie możemy usłyszeć „Oczywiście że nie, prosimy też zabrać własną polówkę lub dmuchany materac”.
Co odważniejsi decydują się na szalenie ryzykowny przyjazd bez własnego kocyka w kaczuszki. Na miejscu są wniebowzięci i oczarowani bo okazuje się, że jest kołdra!
Ba, nawet poduszka i komplet pościeli! Jak dobrze zagadamy to i ręcznik da się załatwić.

Jest też parę pytań, które w naszym rozumieniu po prostu zakrawają na żarty. Dlatego przypominam, że Prima Aprilis jest 1 kwietnia, a nie 365 dni w roku.
Do tej zaszczytnej kategorii zaliczamy:
„Czy w hostelu jest salon SPA i basen?”
Już po przybyciu „Gdzie tu jest sala bilardowa?”
„To tutaj nie ma kantoru?”
„Czy w pokoju jest telefon? Aaa i jakiś balkon”
„Czy w pokoju jest telefon, bo chciałbym zamówić room-service”

Generalnie pamiętamy, że nie mylimy hostelu z 5-cio gwiazdkowym hotelem, bo później nikt nie będzie miał ochoty naszych (w sensie Waszych) żalów wysłuchiwać!

środa, 20 czerwca 2012

Słów kilka o recepcjonistach!

Zanim zacznę wieszać psy na ludziach którzy nas odwiedzają, słów kilka o samych recepcjonistach.
Nie jestem w tym temacie jakimś tam żółtodziobem. Kiedyś w przypływie impulsu i rodzicielskiej rady, postanowiłam że właśnie z tą branżą zwiąże swoją przyszłość zawodową i w tym celu zdobyłam tytuł Technika Hotelarstwa.
Do tej pory dociekam, jak to się stało? No ale mam, to się chwalę (wmawiam sobie, że jest czym).
Tak czy siak doświadczenie wspominam zajebiście, bo w końcu nie ma to jak miesięczna praktyka nad morzem (ba, żeby to jedna), gdzie w zasadzie co chwile się pije, i to jeszcze w gronie samych BFFs (Best Friends Forever jakby ktoś nie wiedział), a do tego w tym czasie wypadają urodziny i pije się jeszcze więcej. Dzieciaki to jara, a że byłam wtedy dzieciakiem to się jarałam.

Zgłębiając całą tą teorię i praktykę (praktykę zgłębiam zresztą dalej) myślę, że można tu dokonać podziału na dwie kategorie recepcjonistów: normalni i idealni.
Recepcjonista idealny to, jak nietrudno się domyślić, taki niedościgniony wzór.
To taki David Hasselhoff wśród ratowników, Rocky Balboa wśród bokserów, no i ogólnie jest 'the best of the best' i każdy chce być taki jak on, kiedy dorośnie.
Wiadomo jednak jak to jest z ideałami. Można o nich mówić, ale tak na prawdę to nikt ich nigdy nie widział.
Zupełnie jak Yeti, potwora z Loch Ness czy innej Wielkiej Stopy.
Nauczeni tym prostym schematem wiemy, że tak jak nie ma idealnego księcia z bajki, tak i idealny recepcjonista nie istnieje.
Od czego jednak mamy wyobraźnię?
Puśćmy wodze fantazji i szaleństwa, i załóżmy, że takie cudo w przyrodzie występuje.
Zatem pytanie brzmi: jaki jest recepcjonista idealny?
Oto kilka podstawowych cech książkowych, jakie powinien posiadać:
  • wysoka komunikatywność (klucz do porozumiewania się z innymi ludźmi - do każdego zagadać, wypytać o zdrowie, rodzinę, aktualną sytuację na giełdzie, plany na wakacje i ulubiony zespół muzyczny)
  • znajomość języków obcych (min. 1-2, a najlepiej wszystkie na świecie, bo kto wie, może kiedyś przyjedzie do nas turysta z Kenii władający suahili)
  • umiejętność organizacji pracy (efektywnie i produktywnie przez cały dzień!)
  • dobra prezencja/miła aparycja/schludność (uniform, wszystko picuś glancuś, a nie żadne dziadostwo!)
  • cierpliwość (wytrwale i bez grymasu na twarzy tłumaczymy gościom wszelkie wątpliwości, nigdy nie dajemy po sobie poznać, że wkurwia nas okrutnie, że ktoś nie poświęcił przed wyjazdem nawet 5 minut na zorientowanie się gdzie jest parking)
  • odporność emocjonalna (stoicki spokój, kamienny wyraz twarzy, no i w ogóle jak mówi Biblia "Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi". Oczywiście nie dosłownie, chociaż zależy w której części miasta pracujecie).
  • zdolności analityczne (umiejętność analizowania informacji i danych, odkrywania i dostrzegania zależności, wyciągania na ich podstawie wniosków)
  • umiejętność pracy w szybkim tempie/podzielność uwagi (mail, telefon, magiel - na raz!)
  • ogólna sprawność fizyczna 
I to tyle jeśli chodzi o ideał.
Wrócmy teraz na ziemię i spójrzmy na realia.
Recepcjonista normalny (i nie chodzi tu o stan psychiczny, bo co do tego to w sumie nigdy nie wiadomo i doświadczenia uczą, że nigdy nie można być pewnym).
Normalny, czyli taki, który w dupie ma dążenie do ideału i chce w tej pracy po prostu przetrwać, nie dać się zeżreć ludziom i wrócić do domu bez myśli samobójczych.
W tym celu, wszystkie powyższe cechy musi zmodyfikować w zależności do panujących w pracy warunków i ludzi z jakimi ma do czynienia.
I tak oto kolejno kształtują się wymienione cechy:
  • komunikatywność - mało przydatna, gdy trafimy na buca, który ledwo potrafi wymamrotać pod nosem smętne "dzień dobry",  nie mówiąc już o próbie nawiązania dialogu wykraczającego poza ramy pogody, dojazdu do hostelu czy też tego czy chce fakturę, czy nie. Wtedy ogólnie lepiej się poddać, też wymamrotać ''dzień dobry'' i w atmosferze krępującej ciszy delikwenta zameldować i odesłać do pokoju. Po co się produkować skoro ktoś i tak ma nas w dupie? Pytanie o ulubiony zespół muzyczny zdaje się być nie na miejscu.
  • znajomość języków obcych - wystarczy, że perfekcyjnie opanujesz jeden - język polski. Kiedy wiesz już jak poprawnie napisać 'przelew", wtedy to znak że możesz zacząć uczyć się angielskiego. Zresztą wszystko jedno, na migi też da się dogadać, a Irlandczyka i tak nie zrozumiesz, choćbyś miał wszystkie certyfikaty językowe świata.
  • umiejętność organizacji pracy - w praktyce polega to na tym, żeby w trakcie pracy na fejsbuku znaleźć czas na odpisanie na maile i odbieranie telefonu.
  • dobra prezencja/miła aparycja/schludność - czyli należy pamiętać o tym, żeby od czasu do czasu wziąć prysznic i z rozpędu nie przyjść do pracy w podomowym dresie. Zęby myjemy codziennie! Wystarczy, że goście nie myją. Nie musimy brać z nich przykładu. Ambitnym zdarza się malować, podobno.
  • cierpliwość - ta cecha zanika bezpowrotnie po ok. 2 miesiącach pracy. O ile na początku jest przydatna kiedy prowadzi się 10 minutową rozmowę telefoniczną dot. rezerwacji, która kończy się słowami "to ja jeszcze do Pani oddzwonię", to później już i tak rzuca się na prawo i lewo 'kurwami',  trzeba zażywać relanium i założyć przydomową plantację melisy.
  • odporność emocjonalna - w przypadku gdy gość swoje niezadowolenie wyraża poprzez urocze komentarze dotyczące naszej inteligencji, wyglądu, wykształcenia. W momencie ewidentnego przegięcia pały, może paść zupełnie przypadkowe 'spierdalaj' - w wolnym tłumaczeniu 'Proszę o opuszczenie obiektu".
  • zdolności analityczne - czyli jak rozpoznawać i unikać podejrzanych gości. Cecha która wykształca się w trakcie pracy. Czasami jednak instynkt zawodzi i meldujemy kogoś kto nasra do kubła na śmieci i wyrzuci go przez okno. Życie.
  • umiejętność pracy w szybkim tempie/podzielność uwagi - zgodnie z badaniami naukowców wielozadaniowość jest nieefektywna, więc ogólnie możemy sobie odpuścić.
  • ogólna sprawność fizyczna - paradoksalnie nie po to aby pomóc komuś wnieść walizkę, a żeby w razie potrzeby móc szarpać się z pijaną prostytutką.



poniedziałek, 18 czerwca 2012

Hello, how can I help you?


Cześć, mam na imię Ania.
Mam 23 lata i jestem recepcjonistką.

Pomyślicie, co to kogo obchodzi? Wynurzenie w stylu uzależnionego na spotkaniu AA.
Całkiem możliwe. Ale skoro mogą powstawać blogi o zakupach, polityce, dzieciach, gotowaniu i innych pierdołach to dlaczego nie o byciu recepcjonistą?
Jeśli ludzie chcą czytać o mejkapach, o tym gdzie jakaś słynna szafiarka kupiła swoje nowe majtki i co dziś zjadła Kasia Tusk, to dlaczego mieliby nie czytać o pracy recepcjonisty?
Niech czytają! Zwłaszcza ku przestrodze. Bo jeśli myślisz sobie, „Hej! A może popracuje jako recepcjonista. To taka fajna praca”, to usiądź wygodnie i poczekaj aż Ci przejdzie.

Idea bloga zaczęła kiełkować w trakcie już prawie rocznej przygody na tym stanowisku.
W ciągu tych przeszło 12 miesięcy wydarzyły się rzeczy, o których nie śniłabym w najgorszych koszmarach ( z tego miejsca pozdrawiam przedstawicielkę ukraińskiej społeczności prostytutek, z którą miałam przyjemność zetknąć się pewnego niedzielnego poranka).
Zaczęło się dość niepozornie, bo od wklejania dialogów na moim fejsbukowym profilu. Wszyscy się śmiali, choć mi do śmiechu nie było. Ktoś nawet rzucił propozycję napisania książki! Bądźmy jednak realistami, nie biorę tego na poważnie.
Po pierwsze - ledwo potrafię sklecić dwa sensowne zdania (co zresztą widać).
Po drugie, chyba najważniejsze - niby kto miałby to przeczytać?
Jedyne o co mogłabym się pokusić to poradnik, coś w stylu: „Jak przetrwać za recepcyjną ladą, nie stając się seryjnym mordercą”.  
Gwarantuje, prawdziwy BESTSELLER!
Koniec końców postanowiłam, że czas przenieść owe historie tutaj.

Z tego jak klaruje się ten chaotyczny wywód, można wywnioskować, że nie pracuję w eleganckim biurze, modnym fitness klubie ani nigdzie tam gdzie recepcjonista może jeszcze pracować. Gdyby tak było, zapewne nie miałabym ochoty strzelić sobie w łeb po każdej zmianie.
Pracuję w hostelu. Jeśli ktoś nie wie co to hostel, to proponuje skorzystać z pomocy wujka Google, gdyż zwyczajnie nie mam ochoty tłumaczyć tego KOLEJNYM osobom. Jeśli Wam się nie chce, bo jesteście śmierdzącymi leniami to poczekajcie, bo o tym zapewne też będzie.
Kinomanom polecam film „Hostel” (osobiście nie widziałam) ale to już jako taki pogląd na moje środowisko pracy (niestety u nas nie wolno mordować…JESZCZE).

Mam zamiar wylewać tu swoje frustracje związane z pracą, więc jeśli oczekujesz słodko-pierdzących tekstów wychwalających ten zawód, to wyjdź bo się nie doczekasz.
Będę też narzekać na gości, więc jeśli chcesz prawić mi morały o etyce zawodu recepcjonisty, również wyjdź.
Wszystko okraszone tu i ówdzie bluzgami, więc jeśli jesteś na nie wyczulony too…masz racje – wyjdź.
Ogólnie ja tu rządze, a jak się komuś nie podoba to wiadomo.

Zapraszam wszystkich którzy mają ochotę zajrzeć za recepcyjną ladę i zobaczyć „z czym to się je”. Mile widziani są również potencjalni hotelowi goście, którzy być może nauczą się czego nie robić i jak zachować się wybierając się do hostelu, nie uprzykrzając przy tym życia Bogu ducha winnym recepcjonistom.
Jeśli jest tu ktoś kto gościł już w hostelu, niech czyta uważnie i spłonie ze wstydu jeśli stał się inspiracją do któregoś z nadchodzących postów.

Dziękuję za uwagę.

P.S. Nie nastawiam się zbyt optymistycznie co do okresu żywotności bloga. Zakładałam ich już miliard, jednak mam do tego słomiany zapał (zupełnie jak do diet i durnych hobby).
Jak mi się będzie chciało, to będę pisać. A jak mi się nie będzie chciało to nie będę.

P.S 2. Nie planuje zdradzać nazwy hostelu w którym urzęduje. Dlatego osoby które znają moją szanowną personę, proszone są o zachowanie wiadomych danych dla siebie.
.